środa, 6 stycznia 2016

Rozdział 3 „Jeden list, jedna ciąża, jedno jajo i czterech chłopców w tarapatach”


Dormitorium było dość dobrze oświetlonym pomieszczeniem niewielkich rozmiarów.  Na pierwszy rzut oka nie wiedząc kto je zamieszkuje można było stwierdzić, że jego mieszkańcy nie są miłośnikami porządku. Być może ktoś mógłby nawet stwierdzić, że pokój ten zamieszkuje czwórka najzwyklejszych w świecie nastolatków, gdyby nie…
Wszystko.

Prawie całą powierzchnię podłogi zajmowały porozrzucane ubrania.  Bardzo prawdopodobne, że nie było na nie miejsca w żadnej z dwóch szaf, które znajdowały się w dormitorium.  Zapewne dlatego, że w jednej z nich znajdowały się magiczne miotły a na wszystkich półkach drugiej szafy były poukładane butelki z kremowym piwem. Puste butelki po tym trunku zajmowały zaszczytne miejsce pod jednym z czterech łóżek, które były jedynymi stojącymi stabilnie meblami w tym pomieszczeniu. Pod innymi łóżkami można było znaleźć wiele ciekawych rzeczy jednak leżały pod nimi głównie książki, niestarannie zwinięte rolki pergaminu oraz żyjące w nikomu niezrozumiałej symbiozie brudne i czyste ubrania. Beżowe ściany zdobiły rysunki, plakaty oraz zdjęcia. Na jednym ze zdjęć widniało czterech, uśmiechniętych,  jedenastoletnich chłopców  podziwiających dormitorium. Przyglądając się fotografii przez dłuższą chwilę można było zobaczyć, że od czasu do czasu któryś z chłopców podchodził i przyglądał się z bliska jakiemuś meblowi lub wyglądał przez jedno z wysokich okien. Bez  wątpienia zdjęcie zrobiono podczas ich pierwszego dnia w szkole. Na innym zdjęciu byli ci sami chłopcy rzucający się śnieżkami na przyszkolnych błoniach a na jeszcze innym siedzący na jednej kanapie w pokoju wspólnym przeznaczonym dla uczniów domu Godryka Gryffindora. Wszystkie te zdjęcia zdobiące z natury nieciekawe ściany łączyło to, że chłopcy na każdym z nich byli uśmiechnięci i dobrze się razem bawili. Rysunków było na ścianach niewiele. Na jednym z nich pojawiła się jakaś postać, na innym smok, na jeszcze innym skrzat domowy a reszta była dobrze odwzorowanymi ilustracjami przedstawiającymi najnowsze w tamtych czasach modele latających mioteł. Ostatnie rysunki łączyło to, że naokoło każdej z narysowanych mioteł  widniało mnóstwo serduszek co mogło oznaczać, że autor pracy wyraźnie marzył o posiadaniu takiej właśnie miotły. Wiszący nad małą komodą obok jednego z łóżek kalendarz z mugolską modelką wskazywał niedzielę 9 Września 1973 roku. Oznaczało to, że od kłótni huncwotów o animagię i pamiętnej akcji polegającej na przetransportowaniu Petera z kuchni do biblioteki minął dokładnie jeden dzień.
 - No dalej James ile można się szykować – powiedział do patrzącego w lustro Pottera zniecierpliwiony Remus.
 - Po co tak przeczesujesz te włosy ręką? I tak wyglądają tak samo jak wyczołgiwałeś się z łóżka. Tylko niepotrzebnie męczysz te biedne kłaki! – dodał Syriusz
- Chcemy iść na śniadanie!- Gdy Peter krzyknął to do Jamesa cała czwórka zaczęła się śmiać.  Po chwili Syriusz podszedł do podziwiającego własne odbicie przyjaciela, poczochrał go po włosach i nie słuchając jego pretensji dotyczących zepsutej fryzury pociągnął za sobą w kierunku drzwi.

James postanowił nie odzywać się do przyjaciół jednak gdy siedzieli już w Wielkiej Sali objadając się śniadaniem zmienił zdanie. Sam zaczął rozmowę i już po chwili cała czwórka dyskutowała na temat ulubionych drużyn quidditcha jednocześnie wpychając sobie do ust nowe dawki jeszcze ciepłej jajecznicy
 - Wybaczcie, że wam przerywam – powiedział dosiadając się do nich Frank Longbottom – ale właśnie przyszła poczta.
 - Hej Frank – Odrzekł Remus. – Myślicie, że coś do was przyjdzie? – spytał już całą czwórkę.
 - Coś ty! Kto by do mnie pisał?  – powiedział rozbawiony pytaniem przyjaciela Syriusz. – co najwyżej dostanę wyjca od matki, w którym postanowi poinformować mnie jaki to mój braciszek jest przecudowny i jak to przynoszę wstyd i hańbę pradawnemu, szlachetnemu i jakże skromnemu rodowi Blacków.  – dodał po chwili zastanowienia. Po kilku minutach zamieszania Syriusz spostrzegł, że żaden z jego przyjaciół nie dostał listu. Tylko przed nim leżała mała biała koperta. Zaniepokojony chwycił ją i obrócił kilka razy. Nie było na niej napisanych danych nadawcy więc zaczął ja powoli otwierać. Wyjął list z koperty i zaczął go szybko czytać a po chwili na jego twarzy pojawił się uśmiech.
  - Od kogo to? – spytał Remus.
 - Od Andromedy
 - Czekaj czy dobrze kojarzę? – odrzekł James. – To ta twoja kuzynka, która wyszła za mugolaka przez co cała wasza rodzina ją znienawidziła, wydziedziczyła i postanowiła zapomnieć o jej istnieniu?
- Tak James – odpowiedział Syriusz, – moja ulubiona kuzynka
- Ale tym razem wywinęła mojemu wujostwu jeszcze lepszy numer – powiedział rozbawiony Syriusz.
 - Co zdaniem twojej rodziny może być gorszego od bycia w związku małżeńskim z mugolakem? – zapytał z zaciekawieniem Remus.
 - Bycie w ciąży z mugolakiem! – odrzekł ze śmiechem Black. – Razem z Tedem spodziewają się dziecka – dodał podając przyjaciołom zdjęcie, które razem z listem zostało włożone do koperty. Ze zdjęcia uśmiechała się do nich ciężarna czarownica z jasnobrązowymi włosami i łagodnymi ciemnymi oczami. Obok niej stał wysoki czarodziej o blond włosach. Oboje uśmiechali się i machali do oglądających zdjęcie chłopców.
 - Teraz na pewno nienawidzą jej bardziej niż ciebie – zażartował Peter.

 - Spokojnie mój drogi – odparł Syriusz. – Ja jeszcze dam im popalić – Po tych słowach uśmiechnął się łobuzersko i wstał od stołu. 

***

Lily cicho podeszła do drzwi.  Miała nadzieję, że sala od eliksirów nie będzie zamknięta. Lekko nacisnęła klamkę i jak zwykle nie poczuła oporu.  Pchnęła drzwi, a jej oczom ukazał się chłopak siedzący w jednej z ławek. Był chudym, żylastym Ślizgonem średniego wzrostu. Miał ziemistą cerę a długie kruczoczarne włosy opadały mu na twarz gdy pochylał się nad książką. Czytał podręcznik do eliksirów dla uczniów piątego roku choć było widać, że nie ma więcej niż trzynaście lat.
 - Hej – powiedziała cicho. Chłopak słysząc jej głos uśmiechnął się lekko nie odrywając wzrok od książki.
 - Hej – odpowiedział. – Co tu robisz? – dodał po chwili ciągle badając wzrokiem tekst.
 - Nie było cię w wielkiej Sali na śniadaniu i pomyślałam, że…
  - Jak zwykle dobrze pomyślałaś – przerwał jej. Przeniósł wzrok na dziewczynę i jednym zdecydowanym ruchem zamknął książkę.
  - Już przygotowujesz się do SUM-ów? – spytała pokazując czytany przez niego podręcznik.
  - Materiał na SUM-y mam w jednym palcu ale przecież mała powtórka nie zaszkodzi, prawda? – powiedział uśmiechając się tajemniczo.
  - Nigdy nie przestaniesz mnie zadziwiać Severusie Snape!

***
 - Okej Remusie zwracam honor
 - Widzisz. Mówiłem, że to dobry pomysł!
 - Kto by pomyślał, że gdy zrobi się całą pracę domową przed obiadem będzie się miało wolne po obiedzie? – Spytał Syriusz.
 - Prawdo podobnie każdy tylko nie ty Syriuszu! – odparł James.
 - W sumie trochę racja… - stwierdził Black.
 - Ale przynajmniej Hagrid się ucieszy, że znaleźliśmy dla niego chwilę – powiedział Peter.
 - Tak ciekawe co u niego! - Gdy Remus wypowiedział te słowa wszyscy stali już przed chatką gajowego. James zapukał do drzwi, które po chwili otworzyły się z wielkim hukiem.
 - Cholibka! – Powiedział wyraźnie uradowany Hagrid.
 - Remus przycisnął nas rano do książek więc teraz mamy wolne! – krzyknął James.
 - Wchodźcie,  wchodźcie – zaprosił ich do środka uradowany gajowy. – Herbatki? – chłopcy weszli do środka. Po chwili rozmowy Remus zaczął z niepokojem obserwować coś na półce.
 - Hagridzie co to jest? – zapytał.
 -  Ekhm… Półka? – odpowiedział Hagrid.
 - Nie, to na półce! Co to jest? – powiedział pokazując na dość duże jajo, które leżące między książką a niewielką ozdobną szkatułką.
 - Jajo- Odpowiedział gajowy tak, że brzmiało to bardziej jak pytanie niż odpowiedź .
 - Skąd je masz - spytał go zaniepokojony Gryfon.
 - Od takiego czarodzieja z baru… No wiesz jak to jest Remusie
 - A czego to jajo? No wiesz, wiele magicznych stworzeń jest jajorodnych ale nie wszystkie są przyjaźnie nastawione do czarodziejów…
 - Jejku Lunatyku to brzmiało tak mądrze! – powiedział piskliwym głosem Syriusz wywracając oczami.
 - Daj mu spokój Black! – skrzyczał przyjaciela James – Właśnie Hagrid, czego to jajo?
 - Właściwie to... – zająkał się Hagrid. – Właściwie to nie wiem.

***

- Jak myślicie, co się za tego wykluje? – spytał Peter gdy huncwoci zbliżali się już do wieży Gryffindoru.
- Nie wiem, ale wiem, że Hagrid będzie dobrym i odpowiedzialnym ojcem – odrzekł Syriusz
 - Ale co na to Dumbledore?
- Dumbledore nie musi nic wiedzieć
- A jak wyjdzie z tego jakieś bydle?
- Spokojnie Lunatyku, w tej szkole do by się dało nawet Rogogona Węgierskiego ukryć
- Hej widzicie? – szepnął James. – To Robert Wood!
- Kto?
- Na brodę Merlina! W jakim ty świecie żyjesz Peter? Robert Wood – kapitan naszej drużyny quidditcha – powiedział Syriusz.
- Prefekt – dodał Remus.
- Niedobrze…
- Co jest James?
- On tu idzie
- Ughh…
-Ostatnio miał taką minę jak podpaliliśmy kanapę w pokoju wspólnym
- Hej! – Robert Wood pomachał w ich stronę.
- Cześć Wood! – rzucił Remus.
- Co u Ciebie? – dodał Syriusz.
- Hmm.. Okej. Black, Potter! Czy to prawda, że przelecieliście na miotłach przez pół zamku żeby nie podpaść McGonagall?
- Zależy kto pyta – odparł wymijająco James.
- Prefekt czy Kapitan drużyny? – dodał Syriusz.
- Pyta Robert Wood. Z resztą nie ważne. Wiem, że to prawda i powiedziałem już McGonagall!